Freeganism – niekonsumencki styl życia


Korporacje by realizować zyski ze sprzedaży każdego dnia poszerzają ofertę rynkową. Żeby nowe dobra znajdowały nabywców firmy,  państwo i media podsycają wyścig aspiracji materialnych – chęci  posiadania wciąż więcej coraz lepszych, nowszych, modniejszych przedmiotów, rozrywek i usług. Powstaje w ten sposób presja zarabiania coraz więcej na nowe dobra, presja pracowania coraz intensywnej by na nie starczało, efektem tej pracy są kolejne dobra i usługi oczekujące na nabywców. Losy firm i państwa  zależą od zysków z wytwarzania i konsumowania dóbr materialnych dlatego materializm i konsumpcjonizm są tak silnie i powszechnie promowane. Wiele oddolnych ruchów społecznych kontestuje taki stan rzeczy, między innymi freeganism.

FRIGAŃSKA DZIAŁALNOŚĆ

W krajach uprzemysłowionych 30% dóbr to niesprzedawalna nadwyżka, która mogło by trafiać do ludzi zupełnie darmo. Jej niszczenie i ukrywanie firmy i sklepy uzasadniają  dbaniem o higienę, bezpieczeństwo, ekologię podczas gdy robią to z pobudek ekonomicznych, by „nie psuć” sobie rynku. Zgodnie z ich widzeniem świta jeden oddany darmo bochenek chleba to starta zysku z 2 bochenków.

Frigenie zajmują się  wyszukiwaniem, odzyskaniem i przywracaniem do użytku takich nadwyżek . Po to by żyć taniej, pomagać innym zmniejszać presję ekonomiczną, by ukazywać prawdzie oblicze idei materializmu, która w istocie nie dba wcale o  ludzi i ich potrzeby, a jedynie o to by kupowali i wytwarzali. Chcą minimalizować swój udział w takiej ekonomii, ograniczają swoje materialne aspiracje i szukają alternatywnych sposobów ich zaspokajania.

IDEA NURKOWANIA

Nurek to powszechne skojarzenie każdego, kto usłyszy o friganiżmie. Osoba zmuszona szukać jedzenia i sprzętów w śmietniku stoi na najniższym szczeblu drabiny społecznej. Odrzucona, opluwana i wyszydzana budzi negatywne emocje,  jest  społecznym starszakiem na tych, którzy próbują ociągać się ze swoją codzienną robotą. Menel, lump, kloszard są tak daleko od propagandowego, wzorcowego obywatela, ambitnego, zamożnego, zapracowanego ale przecież szczęśliwego  jak śmietnik jest daleko od luksusowej drogerii. Stereotyp biedy jako porażki i zagrożenia został tak silnie narzucony, że nawet osoby o nowoczesnych, otwartych poglądach reagują odrazą na myśl o zabraniu czegoś ze śmietnika, choćby o włożeniu ręki do własnego kubła, który trzymają pod zlewem.
Friganie tymczasem z przetrząsania śmietników uczynili nie tylko sposób na zaspakajanie codziennych potrzeb bytowych ale także swoistą formę wypowiedzi na temat współczesnej ekonomii. Jej niepochowanej, intensywnej eksploatacji ludzi i zasobów przyrody.

ZAINWESTUJ W GRUBE RĘKAWICE

Do  czarnych plastikowych toreb wystawianych w pobliżu marketów trafiają hałdy zupełnie jeszcze świeżego pieczywa w tym pieczywa paczkowanego, i wyrobów cukierniczych, worki owoców i warzyw, kilogramy wędlin i  pieczonych kurczaków.

Z odzysku można także zdobyć meble, drobniejszy sprzęt domowy, urządzenia elektroniczne, odzież nawet komputery i instrumenty muzyczne.

Friganie z założenia nie kupują niczego co przy odrobinie wiedzy i doświadczenia można po prostu znaleźć. Z tych samych źródeł pochodzić mogą książki, gazety i płyty, obrazy i kilimy, kapelusze i rowery. Rowery mają tu duże znaczenie jako alternatywa dla samochodów. Freiganie promują jazdę na rowerze, naprawiają i restaurują wyrzucone jednoślady oraz starają się nauczyć tego innych ludzi. Formą odzysku w komunikacji jest też odzysk miejsc marnotrawionych w transporcie indywidualnym – idea autostopu czy carpoolingu.

Podobne marnotrawstwo dotyczy powierzchni mieszkalnej dlatego friganie starają się zagospodarowywać pustostany, remontując je własnymi siłami i prowadząc w nich działalność publiczną i kulturalną oraz mieszkając (squatting). Wynajmują też mieszkania wspólnie – dzieląc się kosztami lub zajmują tanie pokoje „przy rodzinie”. Są również zwolennikami zakładania ekologicznych gospodarstw produkujących zdrową żywność, zagospodarowywania w ten sposób miejskich nieużytków i terenów zielonych. Otwierają sklepy, gdzie za towary nie płaci się pieniędzmi, a przynosi się do nich niepotrzebne rzeczy i zostawia zabierając w zamian inne.

Friganie starą się również nie zatrudniać w systemie korporacyjnym i możliwie mało pracować zarobkowo.  Nie znaczy to, że uchylają się od pracy. Przeciwnie, stanowią źródło kadry dla wolontariatu i zaplecze dla wszelkich środowiskowych akcji społecznych. Działają też bezinteresownie na rzecz krzewienia w świecie idei swojego ruchu, organizując kursy aktywnego „friganizmu” (w ubiegłym roku w samym N.Y. szkolenie fachowego nurkowania w śmietnikach przeszło 14 000 nowojorczyków).  Masowe rozczarowanie wyścigiem szczurów i niezmiernie obciążającymi standardami społeczeństwa konsumpcyjnego sprawia, że  ruch frigan zdobywa wciąż nowych członków i sympatyków.

______________________

Zamiast do sklepów chodzą do śmietnika. Bo tak jest modnie, ekologicznie i… zdrowo. Na śniadanie: truskawki z miętą. Obiad: sałatka z bakłażana, zupa krem z warzyw, ciasto dyniowe. Kolacja: zapiekana cukinia ze szczypiorkiem, koktajl z bananów. Cena: zero złotych.

Tak wygląda menu Pawła Włodarczyka, 21-letniego studenta orientalistyki z Warszawy. Większość składników znalazł na śmietniku przy bazarze na warszawskim placu Szembeka. Kiedy kończy się tam tydzień targowy, sprzedawcy wyrzucają do kontenerów całe góry jedzenia. Część jest lekko nadpsuta, ale większość niczym nie różni się od tego, co kupujemy w sklepach: sałata, pomidory, cukinia, bakłażany, banany, czasami dynia albo truskawki. Wszystko na wyciągnięcie ręki. Po prostu bierzesz i pakujesz do siatki – opowiada.

Paweł jest jednym z pierwszych polskich freegan (wyraz pochodzi z połączenia angielskich słów free – darmowy i vegan – wegański). Tacy jak on rezygnują z kupowania jedzenia i innych produktów w ramach sprzeciwu wobec coraz większej produkcji i konsumpcji, które prowadzą do powstawania nadmiaru śmieci. Dlatego starają się żyć za darmo. W Polsce wciąż jest ich niewielu. Studiują, pracują i często pochodzą z zamożnych domów. Grzebią po śmietnikach nie z przymusu, tylko z wyboru. Kiedy zdasz sobie sprawę, ile dobrych rzeczy ludzie wyrzucają, to aż głupio potem wejść ci do sklepu i za nie płacić – opowiada Kuba Malczewski z Warszawy, student informatyki, który freeganizm praktykuje od półtora roku. Co tydzień razem ze swoją dziewczyną Martą chodzą na łowy nieopodal placu Szembeka. Mają swoich zaprzyjaźnionych sprzedawców, którzy oddają im jedzenie, zanim zostanie wyrzucone. Resztę znajdują sami na przybazarowym śmietniku.

Według danych Greenpeace’u statystyczny Polak produkuje 300 kg śmieci rocznie. To o sto kilogramów mniej niż przeciętny Europejczyk i połowa tego, co Amerykanin. Ale ilość produktów, które wyrzucamy, rośnie z każdym rokiem. Badania antropologa dr. Tima Jonesa z uniwersytetu w Arizonie pokazują, że Amerykanie wyrzucają do kosza prawie połowę swoich zakupów. Niektórzy stwierdzili, że to zdecydowanie zbyt wiele i dużą część tego, co inni uznają za śmieci, można z powodzeniem wykorzystać. Tak właśnie w latach 90. narodził się ruch freeganizmu.

Moda na niewydawanie pieniędzy, początkowo propagowana głównie przez środowiska ekologiczne i anarchistyczne, stała się popularna również wśród klasy średniej. Na przykład za oceanem. W porównaniu z polskimi tamtejsi freeganie to luksusowi anarchiści – śmieje się Agnieszka Kozak, kulturoznawca, która w czasie studiów doktoranckich w Nowym Jorku uczestniczyła we freegańskich wycieczkach po śmietnikach. Amerykańscy freeganie nie odmawiają sobie ani łososia, ani kawioru. Na tamtejszych śmietnikach można takich specjałów znaleźć całe mnóstwo – dodaje.

W Polsce wyrzucane są znacznie mniej wykwintne produkty. Ale rodzimi freeganie nie narzekają. Czasami można sobie pozwolić na trochę żywieniowej ekstrawagancji – mówi Paweł. Kiedyś podczas podróży po Francji trafił ze znajomymi na bankiet. Na deser podawano truskawki z miętą.

Strasznie mi zasmakowały, więc kiedy wróciliśmy do Polski, przez miesiąc codziennie robiliśmy sobie takie desery. W lecie truskawki można było znaleźć na każdym śmietniku przy bazarach, a miętę posadziliśmy w ogródku – zachwyca się Paweł. Śmietnikowe wyprawy potrafią też być niezłą przygodą. I to nie tylko dlatego, że freeganie o zdobycze muszą konkurować z miejscowymi pijaczkami. Freegańskie łowy to loteria. Nigdy nie wiem, co danego dnia przyniosę do domu. Jak udało mi się trafić arbuza, to czułem się jak zdobywca skarbu – śmieje się Paweł. Kuba wspomina, jak znalazł kilkanaście pojemników z malinami. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że był początek stycznia, więc jedno takie pudełko kosztowało prawie 15 zł. Ktoś lekką ręką wyrzucił na śmietnik owoce warte kilkaset złotych – opowiada. Nie wszystko da się przejeść, ale freeganie dbają, żeby nic się nie marnowało. Kiedyś przynieśliśmy do domu 20 bakłażanów. Po przyrządzeniu wszystkich możliwych potraw z bakłażanem i rozdaniu ich znajomym resztę zamroziliśmy. Na zimę, bo wtedy o świeże warzywa znacznie trudniej – opowiada Marta Gałecka, studentka UW.

  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: